IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 `I'll make you so in love with me, that everytime our lips touch, you'll die a little death.`

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
http://virtum.forumpolish.com/t45-rozyczka#45
http://virtum.forumpolish.com/t46-amciowe
http://virtum.forumpolish.com/t48-rose-amai-chamberlain
http://virtum.forumpolish.com
http://virtum.forumpolish.com
Amai
Różana Trucizna

avatar
ROLA NA FORUM : Różany Admin ● Naczelny Grafik ● Korektor KP ● Caryca Królików
Liczba postów : 76
Data dołączenia : 17/08/2016
Wiek użytkownika : 20

PisanieTemat: `I'll make you so in love with me, that everytime our lips touch, you'll die a little death.`   Czw Lut 23, 2017 11:01 pm

I'm so tired of people always saying that I'm a good person
cause I'm not
if they could only see what was in my head



got bubble wrap around my heart
waiting for my life to start
but everyday it never comes

Znowu to cholerne deja vu.

Stała tak i wpatrywała się w rozciągający się za oknem widok. Wsunęła ciastko do ust i z jeszcze większą zajadłością starała się rozpoznać kolejne przedmioty, osoby, rośliny — byleby tylko mieć jakiś punkt odniesienia i móc skupić się na tym, co w życiu najważniejsze. Jednak dziwnie się jej teraz poruszało ze świadomością, że oddycha tylko dzięki misternym zabiegom z pogranicza magii, medycyny i lalkarstwa. Poczuła, jak żołądek mimowolnie się kurczy, a jego zawartość mimowolnie się cofa. Przełknęła gwałtownie ślinę.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Oddychaj, Rose.

Z niechęcią obserwowała poruszającą się w rytm oddechu klatkę piersiową. Jej ciało, niby małe, ciasne, ale własne, nagle stało się czymś kompletnie obcym. Jakby ona tu nie pasowała. Jakby to była jakaś okrutna pomyłka, że zamieniła się z kimś. Odbierała sprzeczne bodźce. Ona jest, ale jej jakby nie było. Każdy dotyk jest czymś kompletnie obcym, wszystkie impulsy dochodziły z opóźnieniem. Organizm był rozstrojony. Bodźce były albo za silne, albo za słabe. Zwłaszcza ból. Jego nie czuła.

Jakby z nienawiścią przejrzała się w lustrze. Długie, brązowe włosy splątywały się w strąki, a końcówkami muskały zakurzoną podłogę, która od wielu, wielu lat nie widziała nawet zwykłej ściereczki do kurzu. Obok lustra w srebrnej ramie stała niewielka toaletka z pękniętym zwierciadłem, które przedzierało się spod prześcieradła. Drżącą ręką sięgnęła po bogato zdobioną szczotkę i usiadła na podłodze. Powoli, pasmo po paśmie, zaczęła rozczesywać splątane włosy, powoli przywracając im dawny blask. Od czasu do czasu zaciskała zęby, gdy trafiła na większy lub mniejszy kołtun. Długo to trwało. Włosy miała gęste, w pewnej chwili miała ochotę rzucić szczotką w okno i znaleźć sobie inne zajęcie. Ale chwila. Załamywać się z powodu ilości włosów? Chwilę pomarudziła, porobiła smutne minki do lustra, wydęła usteczka w podkówkę i z jeszcze większym wigorem ponowiła rozczesywanie włosów.

Musiała wyglądać pięknie w dniu, w którym umarła.

Nigdy nie była przesądna, dlatego też rozbicie lustra nie było dla niej czymś niebezpiecznym. Liczyła na opieprz, a nie na klątwę, która miała towarzyszyć jej przez kilka najbliższych lat. Kawałki nie były małe. Bezpieczniej byłoby jednak je zostawić. Próbując naprawić zepsute lustro można się tylko bardziej pokaleczyć. Czy tak samo nie jest ze złamanym sercem? Próba ratowania tonącego statku zawsze kończy się śmiercią i ratowników, i załogi.

Skóra lalki była jeszcze delikatniejsza niż człowieka. Wystarczyło naprawdę niewiele, aby ją przeciąć. Krew zaczynała zbierać się powoli, leniwie. Dopiero po dłuższej chwili zdała się nabrać chęci na zwiedzenie świata poza zamkniętym krwiobiegiem. Zachęcona kolejnymi cięciami, zebrała się na odwagę i całymi kroplami spadła na podłogę. Jasna, świeża, czerwona. Jak obco wyglądała na pobielanych nadgarstkach i dłoniach, które drżącymi palcami, już i tak zabarwionymi na szkarłat, okaleczały się dalej. Szkło wbijało się głęboko pod skórę, otwierały naczynia krwionośne, barwiło się krwią, raniło. Impulsy wariowały, czuła na przemian ból i dziwną błogość, jakby znajdowała się pomiędzy światami. Zawieszona pomiędzy bytem a jego brakiem. Uśmiech zagościł jej na ustach. Pochyliła lekko i objęła trzymane w dłoniach okruchy lustra. Z dłoni krwawiła na podłogę, czuła się słabo, ale nie na tyle, aby nie docisnąć szkła do piersi. Weszło miękko w skórę.




when you look into the mirror do you see the truth?
or do the voices in your head still got you confused?
do they make you wanna say
I'm not who you think I am
who I am who I am who I am
I'm not a good girl

Kurwa, czemu ty tak bardzo chcesz umrzeć?

Cholerna jasność. Przez chwilę mrużyła oczy w nadziei, że obraz przed jej powiekami się wyostrzy. I do tego ten głos. Ktoś na nią krzyczał, a całej sytuacji towarzyszyło bardzo powolne odzyskiwanie ostrości wzroku.

Zamrugała kilka razy. Widziała, czyli jeszcze żyła. Od razu na jej twarzy zagościł wyraz gorzkiego niezadowolenia, ale nie tylko to dało się z niej wyczytać. Zacisnęła zęby na wargach. Poczuła w ustach ohydny, metaliczny, gorzki smak. Życie nawet smak miało okropny.

Obolała z trudem podniosła się do siadu. Do tego łóżko, na którym leżała, było miękkie, przez co jeszcze trudniej było jej utrzymać równowagę, bo nawet taka chudzina jest w stanie się zapaść pod własnym ciężarem, gdy tylko braknie jej sił. Jednak ta bezsilność, chociaż towarzyszyła jej całe życie, zarówno to ludzkie, jak i obecne, teraz sięgnęła apogeum. W końcu marionetkarz, blady ze złości, szarpnął ją gwałtownie za rękę. Prawie spadła, ale przynajmniej udało się jej usiąść. Tępo wpatrywała się w szatyna, który energicznym ruchem odsunął sobie krzesło i ciężko na nie klapnął.

Ile ja wysiłku włożyłem, aby wszystko w tobie działało jak należy… — Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach. Nie był to gest rozpaczy, a wściekłości. Każde jego słowo odbijało się echem po pustym pomieszczeniu, chociaż starał się szeptać. Ale nie mógł. Natłok gniewu by go rozsadził. Musiał znaleźć ujście. Musiał krzyczeć. Musiał być brutalny. Musiał ją ranić. Inaczej nie byłby sobą.

Krew zaczęła powoli się gromadzić w ustach. Wypluła ją dopiero pod wpływem siły uderzenia w brzuch. Opluła się, zaczęła krztusić i kaszleć. Z trudem podniosła się, łapiąc oddech.

Gdzie ja popełniłem błąd… Miałaś być piękną kokietką, a nie samobójczynią!

Też bym chciała wiedzieć, przemknęło dziewczynie przez myśl, ale nie znalazła w sobie na tyle odwagi, aby odezwać się w te słowa.

Otrzeźwiło ją energiczne uderzenie w stół. Trzask. Rozbite szkło. Jakaś skarbonka, relikt epoki bilonu, właśnie odszedł na tamten świat, pozostawiając po sobie jedynie porcelanowe skorupy, leżące żałośnie w towarzystwie kilku monet. Najchętniej by się pochyliła i zaczęła je zbierać. Tak podpowiadała jej służalcza natura. Z kolei strach zacisnął swoje kościste palce na jej karku i tym gestem jakby zakazał jej drgnąć. Przez chwilę się mu nie sprzeciwiała. Tkwiła tak, trzęsąc się ze strachu, ale bardziej tak… Dla samej siebie, bo wiedziała, że na drugiej stronie nie wywoła to żadnego wrażenia. Dopiero po kilku mozolnych okrążeniach sekundnika starego zegara, zebrała się na odwagę.

Nie prosiłam cię, żebyś mnie ratował! — krzyknęła, a łzy pojawiły się w jej oczach. Podbródek zadrżał, policzki, już same z siebie jasne, pobladły, usta wykrzywiły się lekko. Z przerażeniem obserwowała rosnący uśmiech na twarzy mężczyzny.

Rose, ty chyba nie nadążasz za scenariuszem… Dlaczego nie chcesz być posłuszną, grzeczną laleczką, co? — Oczy marionetkarza błysnęły niepokojąco, a ten okropny, obnażający rząd śnieżnobiałych zębów uśmiech tylko przyprawił dziewczynę o dodatkowe dreszcze. Poczuła, jak ze strachu zaczyna tracić władzę w nogach. Mężczyzna przysunął się w jej stronę i jakby od niechcenia zaczął gładzić jej włosy i rękawem koszuli wycierać krew z ust. Gdy jego ubranie upodobniło się kolorem do zużytego bandaża, a twarz marionetki była względnie czysta, usiadł na łóżku. Poklepał miejsce obok siebie, jednak gdy spotkał się z brakiem jakiejkolwiek reakcji ze strony lalki, westchnął cicho, wziął dziewczynę na kolana i mocno przytulił.

Zawrzyj ze mną kontrakt, Różyczko — przemówił głosem tak słodkim, że aż fałszywym. — Co masz do stracenia?

No właśnie nic.

Nie odpowiedziała głośno na to pytanie. Pokręciła jedynie energicznie głową w obie strony, co marionetkarz skomentował cichym cmoknięciem.

Dlaczego nie chcesz? Jak zostaniesz moja, nikt nie tknie cię palcem. Nikt nie będzie mógł cię skrzywdzić. — I, jakby dodać swoim słowom odrobinę czułości, zaczął przeczesywać palcami długie, kasztanowe kosmyki dziewczyny. Gdy uznał, że dostatecznie dobrze je przygotował do dalszego przekonywania Rose, zaczął pleść szybko i sprawnie drobne warkoczyki. Długie, zwinne palce bez większego trudu ukończyły fryzurę, którą zwieńczyła różowa róża, którą uprzednio wyjął z butonierki i wetknął niedbale we włosy dziewczyny.

Nikt poza tobą.

Uparcie milczała. Widząc, że nic jednak — przynajmniej dzisiaj — nie wskóra, mężczyzna zepchnął dziewczynę ze swoich kolan i niczym obrażone dziecko opuścił pomieszczenie, zamykając drzwi na cztery spusty.

Rose miała niemalże pewność, że dodatkowo przyblokował klamkę krzesłem. Jakby myślał, że marionetka faktycznie ma na tyle siły w ramionach, że poradziłaby sobie z wydostaniem się na zewnątrz.

Ona już nawet o tym nie śniła. Czasami tylko w myślach zezwalała sobie na spacer wokół Teatru. Ze swojego okna miała doskonały widok na to, co się znajdowało dookoła. Pokój, w którym była zamknięta, nie był duży. Znaczną część jego powierzchni zajmowała garderoba, w której oprócz sterty ubrań znajdowała się skrzynia pełna materiałów i przyrządów krawieckich, biblioteczka, wysoka aż po sam sufit, toaletka, biurko, ogromne łóżko, odgrodzone od reszty pokoju parawanem… Niedużo tego. W kącie znajdowała się też niewielka łazienka z wanną na lwich nóżkach i popękaną umywalką, a za największym oknem — które w istocie było drzwiami — rozciągał się nieduży balkonik. Niestety, poza jej zasięgiem. Klamka z obu stron była opętana grubym, solidnym łańcuchem. Nawet jakby chciała, nie mogłaby uciec. Dlatego też w duchu drwiła z naiwności swojego marionetkarza. Odnosiła dziwne wrażenie, że ten po prostu wyobraża sobie to, że Rosie jest w stanie myślami rozprawiać się z każdym zamkiem. Bzdura. Chciał ją przy sobie zatrzymać, tyle w temacie. A że nie wiedział, na co było ją stać, wolał nie ryzykować. Dlatego też ją przetrzymywał i izolował od reszty świata, o którym Rose wiedziała bardzo, ale to bardzo mało. Tak mało, że nie miała pojęcia, ile rzeczy ma miejsce tuż za ścianą jej celi, jak zwykła nazywać swój pokój.


kids forever kids forever
baby soft skin turns into leather
don't be dramatic it's only some plastic
no one will love you if you're unattractive

Niewiele pamiętała ze swojego poprzedniego życia. Wiedziała tylko tyle, że nazywa się Rosealily Adelle Charlotte z domu Chamberlain. Że zginęła, próbując się ratować przed jakimiś zbirami, którym najwidoczniej wpadła w oko. Tak przynajmniej powiedział jej marionetkarz. Śmierć była to w istocie żałosna. Tak po prostu się potknąć na pokrytych grubą warstwą lodu schodach i rozbić sobie głowę. I wykrwawić się na śmierć. Tak tłumaczył jej bladość.

Rosealily Adelle Charlotte Chamberlain. Gdy pierwszy raz usłyszała to pożal się Boże nazwisko, chciała się roześmiać. Potem jednak za każdym razem unosiła brew, jakby chciała tak wyrazić swoje zdumienie i lekką niechęć do tego korowodu. Utożsamiała się tylko z pierwszymi dwoma sylabami. Rose. Podobało się jej. Nie za długie, a takie w sam raz. Dwusylabowe, żeby było łatwiej zapamiętać. Zupełnie jak imię dla psa.

Wszystkiego dowiedziała się od niego. Swojego lalkarza, który powiedział jej, że znalazł ją zimną, martwą na kamiennych schodach. Żałosna śmierć. Potknęła się i rozbiła sobie głowę. Za każdym razem, kiedy opowiadał jej tę historię, na jego ustach pojawiał się ten ironiczny, acz zblazowany uśmiech, który wykrzywiał jego twarz w paskudnym grymasie. Wiedziała, że był bardzo zadowolony z tego obrotu spraw.

Swoje poprzednie życie pamiętała jak przez mgłę. Za to moment, w którym zyskała świadomość, na stałe wyrył się w jej pamięci. Leżała goła jak ją matka rodziła pod grubą stertą prześcieradeł. Śmierdziały jak nieboskie stworzenia. Ich gryzący, a zarazem mdły zapach od razu przyprawił ją o mdłości. Coś jakby zgnilizna… I jeszcze ta zawieszona nad jej głową lampa… Pomimo przymkniętych powiek światło drażniło jej źrenice. Próbami zaciśnięcia oczu niewiele wskórała, ale gdy tylko je otworzyła, było jeszcze gorzej. Z trudem podniosła się do siadu.

Rozejrzała się wkoło. Była w jakimś dziwnym pokoju. Pokryte panelami ściany i drewniane meble nieprzyjemnie kontrastowały z metalowymi wózkami, na których w nieładzie leżały pomieszane narzędzia. Tu jakieś dłuto, tu pilnik, tu nóż. Wszystko ubrudzone jakimiś farbami. A przynajmniej taką miała w głębi duszy nadzieję.

Ze wstrętem dostrzegła plamy… Oj, to nie była farba… Plamy krwi na okalających jej ciało prześcieradłach. Zrzuciła te najbardziej śmierdzące i brudne, z trudem hamując gwałtowne torsje. Po całej tej selekcji zostało jej tylko jedno prześcieradło. Owinęła się nim, tworząc coś na wzór rzymskiej tuniki. Teraz wystarczyło tylko wstać i przejść kawałek, te kilka metrów, które dzieliły ją od okna.

Utrzymanie równowagi okazało się jeszcze trudniejsze, niż przypuszczała. Nogi uginały się pod jej ciężarem, a otumaniony błędnik wariował. Chwiejąc się raz w jedną, raz w drugą stronę, potykając się raz po raz, zaliczając raz nawet efektowny upadek, dotarła do celu. Szeroki parapet. Chciała się na niego wdrapać i rozejrzeć, ale nogi, te cholernie plączące się nogi, nie chciały wykonać tak prostego polecenia. Podskoki skończyły się bólem w kostkach i kilkoma siniakami w okolicy kolan, które podkulała zawsze za wcześnie.

Uważaj, bo się potłuczesz.

Spokojny, ale zarazem stanowczy głos odbił się od ścian. Włosy na karku Rose aż się zjeżyły. Drżąc na całym ciele odwróciła się w stronę, z której dobiegły ją słowa intruza.

W drzwiach stał… Niewysoki to raczej złe słowo. Przeciętnego wzrostu mężczyzna, który z nieco niepokojącym uśmiechem na twarzy wycierał obie dłonie w ręcznik, który kolorem do złudzenia przypominał jego koszulę. Białą koszulę, z koronkowym żabotem przypiętym broszką, poplamioną czymś, co do złudzenia przypominało zaschniętą już jakiś czas temu krew. Przełknęła głośno ślinę. Na sam widok tych plam poczuła w ustach ohydny, metaliczny smak, od którego znowu zrobiło się jej niedobrze.

Nie patrz się tak na mnie, bo się obrażę. — Zaśmiał się. Miał miły, całkiem sympatyczny głos, ale przestraszona Rosie zdawała się w nim wychwycić zdecydowanie ostrzejszą nutę.

Mężczyzna wolnym krokiem ruszył w jej stronę. Bez zbytniego pośpiechu pokonał dzielący ich dystans i jakby od niechcenia pogładził ją po policzku. Skóra jego dłoni była bardzo nieprzyjemna. Zrogowaciała, twarda.

No już, już… Nie bój się.

Rose od razu zorientowała się, że jest w niezłych tarapatach.




places, places, get in your places
throw on your dress and put on your doll faces
everyone thinks that we're perfect
please don't let them look through the curtains

Odziana w szkarłatną sukienkę wpatrywała się w wesoło strzelający w kominku ogień. Podkuliła nogi i okryła je połami jedwabnego materiału. Nie było jej zimno, zresztą komu by było chłodno przed kominkiem, jednak wewnętrznie czuła jakiś dziwny, nieprzyjemny chłód, który zżerał ją od środka. Nie podobała się jej ta poufałość, z jaką traktował ją ten… Kim on niby był? Marionetkarzem? Też coś! Unikając kontaktu wzrokowego rozejrzała się po pokoju. Nieduży, ale za to gustownie urządzony salon. Wyszukane meble, obrazy… I te wazony, na każdej możliwej powierzchni, wypełnione różami aż po brzegi. W innych same pąki, w innych kwiaty na dłuższych lub krótszych łodyżkach. Tu różowe, tu białe. A tu jeszcze wielobarwne. Wzrok Rosie spoczął na znajdującym się na parapecie wazonie z półprzezroczystego szkła, w którym wytłoczone były małe stokrotki z kilkoma płatkami, jak na dziecięcych obrazkach. Biała serwetka z koronki, podłożona pod naczynie, ładnie komponowała się z włożonymi weń bladoróżowymi kwiatami.

O czym tak intensywnie myślisz, Różyczko?

Dziewczyna nawet nie odpowiedziała. Spuściła tylko wzrok i z cichym „hmf!” wróciła do podziwiania płomieni. Przeczesywała jedynie palcami włosy, patrząc się w palenisko jak zahipnotyzowana, okazjonalnie rzucając kątem oka przelotne spojrzenie na kwiaty. Po chwili jej wzrok ponownie spoczął na tańczących płomieniach ognia. Zupełnie jakby chciała ogrzać się od samego patrzenia.

Nie jesteś zbyt rozmowna, prawda? — zagadnął ponownie, uśmiechając się wesoło. Rose nawet nie odwróciła się w jego stronę, ba — zupełnie go zignorowała i jakby nigdy nic, zaczęła pleść sobie warkocze. Włosy miała dziwnie długie. Tak długie, że w pewnym momencie przestraszyła się, że nigdy nie ukończy tego zadania. Obecnie ich długość wynosiła blisko dwa i pół metra, najwyższa pora, aby nieco je przyciąć…

Nie chcesz może wstążki?

Zignorowała go. Nie pierwszy raz zresztą.




it's a crime you let it happen to me
nevermind, I'll let it happen to you
put of mind, forget it there's nothing to lose
but my mind and all the things I wanted


I'm holding on so tightly now
my insides scream so loud
they keep watching, watching me drown
how did it come to this?


this love, this hate
is burning me away
it's hard to face that we're all the same
this love, this hate
is burning me away
it's harder times like these that never change


wish I may, wish I might
find my one true love tonight


I'm not afraid of „God
I'm afraid of Man


I guess that's not what you want
I guess that I should just move on
you tell me how am I to move when I can't even breathe


women and men we are the same,
but love will always be a game,
we give and take a little more,
eternal game of tug and war


what if I wanted to break
laugh it all off in your face
what would you do?


I seem to sink into the sound of the falling rain
this promise is whose dream, who is this dream for?


remember what your mother said,
'lady, there are always two:
the one you love
and the one who loves you'


say goodbye, as we dance with the devil tonight
don't you dare look at him in the eye
as we dance with the devil tonight


little girl, little girl, why are you crying?
inside your restless soul your heart is dying?
little one, little one, your soul is purging
of love and razor blades your blood is surging


these people are weird in here
and they're giving me the fear
just because you know my name
doesn't mean you know my game


I'm living dead, dead, dead, dead
only alive-live-live-live
when I pretend-tend-tend-tend
That I have died, died, died, died, died, died


haven't lived life
I haven't lived love
just bird's eye view
from the sky above
I'm dead, dead, dead, dead
I'm living dead, dead, dead, dead
dead


I wonder if you ever stop and think
about whatever happened to me
did you ever maybe think that I was victimized
by those who said they loved me?
they lied


the disappearing sad days
existed before emerging from the dark
on a road where nothing shines


do you ever stop to wonder if I loved you?
when you look into the mirror do you see the truth?


all I know is I cannot pretend
so I'm sitting on the outside again


I've become so numb, I can't feel you there
become so tired, so much more aware
I'm becoming this, all I want to do
is be more like me and be less like you


so what if you can see the darkest side of me?
no one will ever change this animal I have become
help me believe it's not the real me
somebody help me tame this animal


the plastic sun is embedded, floating
upon the color-corrected blue sky in this strange world
the encountering of me and you must be the God's whim
let's dance while biting those poisoned candy apples


the day has come to an end
the sun is over my head
my polyamorous friend
you got me in a mess of trouble again


forever - and ever
the scars will remain
I'm falling apart
leave me here forever in the dark


I can be your painkiller, killer, killer
you'll love me till it's all over, over
'cause I'm the shoulder you cry on
the dose that you die on


little girl has come into her own
she's gotta make them big decisions cause she's grown
she's gonna get a rude awakening if she don't realize
who really loves her
who lies


you thought I'd abandon you
thought that I'd stranded you
but I was right there holding your hand


I wanna be a bottle blonde
I don’t know why but I feel conned
I wanna be an idle teen
I wish I hadn’t been so clean


I wanna stay inside all day
I want the world to go away
I want blood, guts and chocolate cake
I wanna be a real fake


baby, I'm a sociopath,
sweet serial killer.
on the warpath,
'cause I love you,
just a little too much.


hi Miss Alice
with glass eyes
what kind of a dream
are you able to have?
are you entranced by?


the poisoned apple
that has a small bitten
the young girl’s lies
seat in the seat of dinner


a magical country spreads before her eyes
what world will she become a part of?


I’ll close my eyes and face you
a prayer crushed under wreckage
reflects in your eyes as you start to fly


I'll admit, all I wanna do is get drunk and silent
watch my life unfold all around me
like a beautiful garden


I see flowers so tall, they surround me
oh my heart, it became so hardened


sometimes I think I'm not that strong
but there's a force that carries me on
sick of my small heart, made of steel
sick of those wounds that never heal


underneath it all, we're just savages
hidden behind shirts, ties and marriages
how could we expect anything at all
we're just animals, still learning how to crawl


I need to kill you
that's the only way to get you out of my head
oh I need to kill you
to silence all the sweet little things you said


he's still dead when you're done with the bottle
of course it's a corpse that you keep in the cradle
kids are still depressed when you dress them up
syrup is still syrup in a sippy cup


maybe it's a cruel joke on me
whatever, whatever
just means there's way more cake for me
forever, forever


it's my party and I'll cry if I want to
cry if I want to
I'll cry until the candles burn down this place
I'll cry until my pity party's in flames


maybe if I knew all of them well
I wouldn't have been trapped inside this hell that holds me
maybe if I casted out a spell
but told them decorations were in pastel ribbons


I am psycho
you are psycho
inside the shell, we're the same


I'm laughing, I'm crying
it feels like I'm dying
I'm dying, I'm dying


and it’s all fun and games,
'til somebody falls in love,
but you've already bought a ticket,
and there’s no turning back now


why did you steal my cotton candy heart?
you threw it in this damn coin slot,
and now I’m stuck


drinking champagne, made by the angel
who goes by the name of Glittering Gabriel
drinking champagne made of an angel's
tears and pain, but I feel celestial


you're too proud to say that you've made a mistake
You're a coward 'til the end
I don't wanna admit that we're not gonna fit
no, I'm not the type that you like
why don't we just pretend?


you're hard to hug, tough to talk to
and I never fall asleep when you're in my bed
all you give me is a heartbeat
I've turned into a statue
and it makes me feel depressed
'cause the only time you open up is when we get undressed


sometimes I ignore you, so I feel in control
'cause really, I adore you, and I can't leave you alone
fed up with the fantasies that cover what is wrong
come on, baby, let's just get drunk, forget we don't get on


it almost feels like a joke to play out a part
when you are not the starring role in someone else's heart
you know I'd rather walk alone, than play a supporting role
if I can't get the starring role


dreams mean depression
I remember that every time I pray to forget
but at that shadow that’ll never disappear
yeah, I close my eyes


bombs are falling, world is stalling
I'm still trying, why are we fighting
words destroy us, bait and toy us


betrayed me, played me, slayed me
hurt me like I've never been hurt before
disowned me only for the other people
you decided that you wanted in your life more


you’re the lonely one and only body in the world
who can make me, who can break me down into a young girl


I know you only want to own me
and that’s the kind of love you show me
you tell me one thing and do another
keep all your secrets undercover


you say that love is not that easy
and that’s the lesson that you teach me
so hypocritical, overly cynical
I’m sick and tired of all your preaching


don't wanna live in fear and loathing
I wanna feel like I am floating
instead of constantly exploding
in fear and loathing.


I've lived a lot of different lives
been different people many times
I live my life in bitterness
and fill my heart with emptiness


I wanna be immortal
like a God in the sky
I wanna be a silk flower
like I'm never gonna die


I wanna live forever
forever in your heart
and we'll always be together
from the end to the start


you've broken it down
I just want you to know
you can turn it around


take my hand, drag me down
if you fall then I will too
and I can't save what's left of you


I won't suffer, be broken, get tired, or wasted
surrender to nothing, or give up what I
started and stopped it, from end to beginning
a new day is coming, and I am finally free


I tried to be someone else
but nothing seemed to change
I know now, this is who I really am inside

_________________


voicevoice
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
`I'll make you so in love with me, that everytime our lips touch, you'll die a little death.`
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» make-up room
» Spis kadry Death City.
» Death walks among you

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Teatr zamknięty w szklanym pudełeczku... :: Kartoteka :: Karty Postaci :: Historie postaci-
Skocz do: